Kategorie: Wszystkie | Austria | Polska | Słowacja | Węgry
RSS
piątek, 06 sierpnia 2010
Dzień 5, Wiedeń/ Budapeszt 9 lipiec 2010

 

hunderwassert hunderwasserhouse

W piątek rano gdy mój narzeczony jeszcze słodko chrapał na słonecznym balkonie, a wstałam, żeby przeczytać broszurowy przewodnik po Budapeszcie, który dobre 4 lata temu przywieźli do domu moi rodzice nie czytając ani strony... Zapoznałam się z nim dokładnie chcąc wiedziec jak najwięcej na wyprawę, która szykowała się przed nami już wieczorem... Po przestudiowani broszury i kilkunastu stron z przewodnika wiedza i życie. z Spokojnym sumieniam mogłam zająć się przygotowywaniem śniadania. Zjedliśmy je spokojnie, relaksując się na balkonie. Nie spieszyło się nam tak jak w inne dni mieliśmy tylko kilka obiektów do zobaczenia, o 10 wyjechaliśmy z mieszkania - kierując się na Sweedenplatz, a z tamtąd na przesiadkę do tramwaju numer 2- prosto pod Hundertwasserhaus. Ten budynek jest najniezwyklejszym jaki w życiu widziałam.. jest wspaniały nieskonczenie podziwiam Hundertwassera za jego wyobraźnie i talent. Ta kolorystyka, ten synkretyzm styli, ta harmonia - w miejscu pozornej kakafonii - poraża! Spędzamy dobrą godzinę oglądając budynek z każdej strony, fotografując i szukając idealnej pamiątki z tego miejsca. Postanawiamy kupić kartki z reprodukcjami obrazów artysty, które idealnie wkomponują się w nasze eklektyczne wnętrze. Po wielu próbach udaje nam się wybrać cztery kartki, z których montujemy w domu barwą układankę.

Następnie powolnym krokiem zmierzamy do kunsthaus vienna, po drodze mijamy filary hundertwassera zdobiące wejście do jednej z kamienic, są niezwykłe, przypominają masywne kolorowe bransoletki na chudej kobiecej rączce. Po krótkim spacerku dochodzimy do kunsthaus - które jak wszytkie dzieła hunderwassera odznacza się niebywałą charakterystycznością ornamentystyki i formy. W środku odwiedzamy sklep frmowy, w którym możemy zobaczyćp orcelanowe reprodukcje dzieł artysty, piękna zresztą jak i cena która odstrasza nas zupełnie. W te pędy opuszczamy sklep, podążamy do tramwaju zostawiając za sobą najniezwyklejsze budynki tego miasta. Zmierzamy do stadtparku Jest to uroczy park, wydaje mi się, że jedengo z największych w Wiedniu (nie licząc schonnenbrune) park jest uroczy, spacerujemy krótką chwilę, by znajleźć idealną ławke na sporzycie drugiego sniadnia:) Czyli bułeczki z jogurtem. To zaskakujące, że wszędzie gdzie tylko moge jem to samo: byłkę z jogurtem. A smiałam się jeszcze niedawno z mojej mamy, że gdzie tylko jest to możliwe zamawia pierogi ruskie:P

Po godzinnym pobycie w parku, wracamy do mieszkania, pakujemy wszystko co niezbędne do dwódniowej podrózy, jemy obiadokolacje i pakujemy się do samochodu razem z Marcią i Jarkiem. Jedziemy około 3 godzin. Gdy docieramy na miejsce, wita nas pięknie oświetlony Budapeszt. Hostel okazuje się być przeuroczym czyściutkim miejscem, tuż obok przepięknej synagogi żydowskiej,która w przewodnika turystycznych zaznaczana jest wielkim czerwonym punktem - co znacznie ułatwia nam zorientowanie się w terenie. Rzucamy bagarze na łóżko i idziemy na krótki spacer, który przeciąga się do 3 godzin, krązymyh w poszukiwaniu mostu linowego, który noca jest szczególnie uroczy. Przechodzimy przez most i podziwiamy podświetlony Zamek i kościół Macieja, wracamy spowrotem przez most, gdy jesteśmy w połówie wszystkie światła gasną... Budapeszt oszczędza- równo o 1 w nocy wszystkie podświetlane obiekty, zamek, kościoły, mosty , parlament gasną. Mielśmy szczęście, że zdązyliśmy zobaczyć je przed 1. Gdy docieramy do hostelu z ledwością wspinamy się na piąte piętro. Zasypiamy w mgnieniu oka:)

budapeszt

Dzień 4, Bratysława; 8 lipca 2010

Bratysława (preszburg): stare miasto, zamek królewski, pałac biskupi, kościól trynitarzy, kościół kapucynów, pałac prezydencki, kościół św. Elżbiety, brama Michalska, ryneczek, stary ratusz, kościół św. marcina, teatr, opere, kasyno

bratysława

Wstalismy wczesnie, by wziąść szybki prysznic , zaopatrzyć się w zapas bułek w markecie na przeciwko i zrobić sobie suchy prowian na podróż- O godzinie 9,30 wyscigując się z czasem złapaliśmy poranny autokar do Bratysławy. Autobus był cudony jechał równiutką godzinkę do Słowackiej stolicy.A trasa ciągneła się przez zielone pola malowniczo usiane lasem wiatraków, które napędzane wiatrem poruszały się w równy takt. Bratysława jest urzekająca, niewielka, ale z duszą. Myślę, że to najlepsze z mozliwych określeń. Jej stare miasto zabudowane jest szeregiem małych słodkich kamieniczek, które cudownie prezentują się skompane w słońcu.

bratysławaNa Na wielu ulicach można spotkać  grajków grających na czym popadnie, oraz mimów zastygających w bezruchu na kilka chwil po to tylko by na dzwięk monety wrzucanej do kapelusza poderwac się gwałtownie i przestraszyć turystów i ponownie zamierzeć w bezruchu. Miasto żyje, przez słodkie uliczki przetaczają się tabunami turyści spragnieni tak jak my piękna i ducha zakletego w historycznych murach. Zwiedzamy spokojnie stare miasto bratysławy, ulica po ulicy, spacerując, wzdychając, wędrując po czyiś podwórkach, zaglądając w każde uchylone drzwi. Zobaczyliśmy całą stolice Słowackiej republiki bez wyprówania sobie żył w narzucaniu tępa.  Z mapą w ręku i uśmiechem na ustach odwiedziliśmy każde miejsce historycznie odznaczające się na planie miasta.

 

Nie pomijając pałacu prezydenckiego, bratysławskiego zamku, Pałacu biskupiego gdzie w 1805 roku podpisano pokój Preszburski  z Napoleonem oraz niezliczonej liczy kościołów i kapliczek, wśród, których nie można zapomnieć o Kościele św. Elżbiety ufundowanym przez Franciszka Józefa, po śmierci żony. Widziałam wiele kościołów w swoim życiu, Katedr, bazylik, ale ten obiekt sakralny jest dla mnie szczególnym, nie potrafie opisać jakie wrażenie na mnie zrobił. Nie widziałam w życiu cudowniejszego domu Bożego niz to małe niebieściutkie secesyjne arcydzieło. Którego każdy element jest tak pomyslany, żeby synchronizować się w jedną piękną niebiańską całość przypominającą zwiewny obłoczek. Nawet freski na suficie nie ukazują scen sakralnych tylko błękitne chmurki spokojnie drufujące po bielutkim niebie sklepienia.

wieden

Po długim spacerze o 17 postanawiamy wrócić spowrotem do Wiednia. W mieszkaniu jemy obiadokolacje i spacerkiem wybieramy się na lody, mijając wszystkie na codzień używane przez nas stacje metra piechotą. Lody sa wyborne a Wiedeń nocą tak samo czysty i bezpieczny jak w ciągu dnia. Nie wiem co sprawia, że tak jest ale czuje się w tym mieście cholernie bezpiecznie.  Do Mieszkania docieramy w nocy, padając na twarz ze zmęczenia!

Dzień 3, 7 lipca 2010

Schonbrunn, Karlskirche, Belvederwieden austria sisi schonenbrune

Ponieważ zarówno Mój Narzeczony jak i ja wychowalismy się na bajce opowiadającej historię pieknej Sisi i cudownego Franciszka, postanowiliśmy spędzić  tyle czasu ile tylko będzie to konieczne by doskonale zwiedzić Schonbrunn,

wieden austria sisi schonenbruneczyli pałac letni Cesarza Austro-Węgier.  Od wczesnego poranka aż po godzine 16 przechadzaliśmy się zielonymi alejkami,  by zobaczyć każdy zakątek cesarkiego ogrodu.  Rozliczne fontanny, Obelisk, Wierze Teresy, Palmiarnie i Kaplice Teresy, mielismy w planie wejść do środka jednak tłumy odstrazyły nas zupełnie.  Wrócilismy do mieszkania by zjeść obiadokolacje, i juz po godzinie wrócić do przerwanego we wczorajszym dniu zwiedzaniu, Karlsplatzu, Karlskirche, Pomnika zołnierza radzieckiego, a także Belvederu, który kryje w sobie największe dzieło Klimta – Pocałunek

belveder austria wieden schloss belveder

(więcej na ten temat w mojej relacji z listopadowej wyprawy do wiednia) .

Dzień 2, Wiedeń 6 lipca 2010;

 Muzeum Quarter, Secesja, Nascht Markt, Karltzplatz, Burghgarten, Albertina, Prater

Z samego rano po śniadanku ruszyliśmy Metrem do dzielnicy muzeów, wysiadają pod Pod narodowym teatrem. Gmach w którym mieści się teatr jesnnaprawdę urzekający. Z pod budynku przespacerowaliśmy się na plac Mari Teresy gdzie oko Marysieńki czuje obserwuje przechodniów z wiekiego fotela usadowionego przodem do heldenplatzu. Po jej prawej stronie znajduje się Kunstch Historisches Muzeum, czyli muzeum zawierające wszystkie zbiory historyczne zebierane przez lata w rodzinie Habsburgów, udostepnione podczas panowania Franciszka Józefa. Po lewej zas stronie znajduje się Muzeum Naturalne, gdzie mozna spotkać nawet szacowną  kilku tysiąc letnią Wenus z Willendorfu. Wejść do dzwi Naturalnego muzeum broni największy milusiński całej stolicy – Cudowny słonik, jak przypuszczam najczęściej fotografowany odlew z brązy w mieście, My również nie moglismy się powstrzymać przed cyknięciem kilku fotekJwiedeń

Następnie udaliśmy się w stronę muzeum seceji, mijając po prawej uniwersytet,znależlismy sie na przeciw cudownego sanktuaria secesji. Przez złosliwców nazywanego muzeum z złota kalarepą na szczycie. Nad wejściem złowieszczo spoglądają na nas trzy gracje, a obok nich widnieje sławetny napis Ver sacrum...

Nastepnie by poczuć klimat miasta, przechadzamy się wzdłuz straganów na Nascht-markcie, wiedeńskim markecie, gdzie w dwóch długich korytarzach straganów mieszczą się przytulne knajpeczki i straganiki z warzywami i owocami. Uwielbiam klimat targu, to własnie w takich miejscach można poczuć dusze miasta, przyjżeć  się z bliska jego mieszkańcą, ich kulturze i zachowaniu. Niestety złapał nas deszcz, zresztą to mało powiedziane – prawdziwa ulewa! Schowaliśmy się więc pośpiesznie  do małej chińskiej knajpeczki, przeczekaliśmy tam największą ulewę by po 20 minutach ruszyć dalej. Obeszliśmy cały naschtmarkt, na którego końcu roztacza się niesamowity widok na secesyjne kamieniczki w tym cudowny majolikowy domJ, po kilkunastu minutach spaceru zakręciliśmy w prawo by dostać się między urocze kamieniczki, kluczylismy  tak kilkanascie minut, by dostać sie na Karltz platz.  

sukienka krata, wiedeń

Gdzie ropościerał się przepiękny park – na tle cudownej katedry Karlskirche, która została wniesiona na zyczenie cesarza karola ojca marii Teresy, w podziece za osobiste sukcesy. Światynia jest przepiękna, jednak pogoda nie pozwala nam  zbiżyć się do tej architektonicznej perełki. Zmierzamy szybko w stronę stacji metra- swoją drogą najważniejszej stacji metra w Wiedniu. Pierwszej z zaprojektowanych przez otto wagnera, moim zdaniem najpiękniejszej. Uwielbiam wpatrywać się w te złote listki spobodnie pnące się po bielutkich murach kolejnych stcji, kocham te zielone, patynowe zataszenia i kute zielonkawe poręcze...

Oberwanie chmury wisi znów w powietrzu zmywamy się w podziemia metra, docieramy do mieszkania, szykuje obiad i odpoczywamy kilka chwil, by móc po godzinie wędrować już w Przez Burgaten do Albertin, jednego z lepiej zaopatrzonych muzeum Wiednia. Tam wita Nas wystawa Wltona forda, Alxa Katz i pozostałosci z wystawy impresjonistów.  A wieszorem, gdy wiatr rozpędzi już chmury, wybieramy się zakosztować zabawy w najstarszym wesołym miasteczku Europy.

prater wiedeń nancy irving

Prater – bo tak nazywa się wiedeński lunapark, był niegdyś miejscem spotkań tylko wiedeńskiej elity zwiazanej z dworem cesarskim, a także miejscem cesarskich polowań, oddany jednak zostal do użytku ludu przez Józefa II. I od tamtej pory jest relaksu i zabawy wiedeńczyów i turystów odwiedzających miasto. Moim marzeniem było móc przejechac się historycznym diabelskim kołem i udało nam się to. Runda trwa około 20 minut, jednak zanim weszlismy do wagoników, mieliśmy okazję obejrzeć wystawę miniatur zaprezentowaną w zurzytych już wagonach kolejki. Figurki były zachwycające, przedstawiały w skrócie historię wiednia i diabelkiego młynu.  Gdy dotarliśmy do wagoniku- było już ciemno, a widok jaki rozpościerał się z naszej kabiny był oszałamiający. Mrugało do nas milion róznokolorowych latarni... Te kilka chwil w powietrzu było naprawdę niezwykle przyjemne.

prater wiedeń nancy irving

00:34, awangardastyle , Austria
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 lipca 2010
Podróż przedślubna

Wieden – nasza osimiodniowa wyprawa przedślubna.

Postanowilismy wybrać się w podóz przed ślubem, by szybciej minął nam czas...odliczanie dni przed ślubem jest naprawdę niezmiernie stresujące. Korzystając z zaproszenia  mojej przyjaciólki do Wiednia, wybralismy się w wyprawę śladami dawnego cesarstwa Austro – Węgierskiego zwiedzając  Wiedeń, Bratysławę i Budapeszt.

Nasza wspólna przygoda z Wiedniem rozpoczeła się w poniedziałek, po niedzielnej kilku godzinnej przeprawie autem do Wiednia.  W poniedziałek rześcy i wypoczęci ruszyliśmy na podbuj miasta. Mój Narzeczony był w Austriackiej stolicy  po raz pierwszy, ja miałam okazje oglądać je po raz kolejny. Korzystając z wczesniejszych zaproszeń Marty.

Dzień pierwszypodróz do wiednia

W nocy lekko zabalowalismy tuz po przyjeździe, chcąc uczcić szczęśliwy przyjazd otworzyliśmy buteleczkę wina i o zgrozo bananowego likieru – który okazał się istym dziadostwem. Po takiej balandze spało nam się wyśmienicie na materacu wyłożonym na podłodze. Rano na słonecznym balkonie zajadamy nasze polskie zdrowe sniadanie, następnie szybki prysznic i juz jesteśmy na stacji metra. Mieszkanie znajduje się na Pappenheimgasse tuż przy brązowej lini metra U6, (więc dojście do stacji Juggerstrasse zajmuje 2 minutki).

Kilka minut zajmuje nam dojście do ładu z automatem sprzedającym bilety – kupujemy bilet na osiem pełnych dni – czyli po 4 dla każdego z nas.

Przechodzimy przez kasowniki a po 30 sekundach już podjeżdża pachnący i czyściutki wagon metra. Z kilkoma przesiadkami dojeżdżamy do Sweedenplatz. Skąd krętymi romantycznymi uliczkami zmierzamy do górójącej od wieków nad całym miastem katedry św. Szczepana. Po drodze mijamy największą w wiedniu synagoge żydowską, która zachwyca nas swymi pomarańczowo złotymi zdobieniami połyskuącymi delikatnie w porannym słońcu.

 

Po kilku minutach marszu uliczkami wyłożonymi kocimi łbami, docieramy do  celu o czym predzej od wzroku informuje nas węch – który wyczuwa bliskość koni, wprzęgniętych w bryczki otaczające katedrę świetgo Szczepana.

Po kilku chwilach wpatrywaia się w monstrualną budowlę z uchylonymi z zachwytu ustami, wchodzimy do środka. Katedra św. Szczepana robi niesamowit wrażenie na wspólczesnych zwiedzających, populacji, która zyje w swiecie drapaczy chmur i wielkich metropoli, a co dopiero na ludności wiejskiej, która żyła w XIV wieku na terenie dzisiejszej stolicy. Jakże wielki, monumetalny i wszechwładny musiał wydawać się im kościół, Bóg i duchowna hierarchia skoro może tworzyć takie obiekty. Największe wrażenie robią na nas witraże, złozone z banalnie prostych kwadracików, których kolorystyka mimo miksu wielu barw – idealnie synchronizuje się z sobą.

Po obejściu wnetrza katedry, obchodzimy ją dookoła nie przestając podziwiać jej zachwycających kształtów. Obchodząc Katedrę znależliśmy się na jednej z głównych ulic handlowych, pełnej ekskluzywnych butików, niegdyś jednak była do aleja, którą prowadziła z Katedry do Hof burgu i która przejeżdzały wszystkie cesarskie proceje.  My zgodnie z Satrym przeznaczeniem alei zmierzamy w stronę HofBurgu.   Powolnym krokiem przemierzamy Kohlmarkt,   a  w powietrzu roztacza się aurabogactwa i ekskluzywności,  wystawy sklepowe największy projektantów mody: Chanel, Burrbery, Louisa Vuitton czy Tiffaniego wydają się mówić do nas anielskim głosem, zachęcając do odwiedziń.wieden hofburg franciszek józef

Jest jednak zbt wczesnie byśmy mogli odwiedzi którekolwiek z tych sanktuariów mody, nowobogackich wiedeńczyków, nie manawet godziny 10. Zmierzamy więc dalej prosto w stronę Hofburga, na rogu ulicy. Mieści się główna siedziba Raiffaisen Banku – zaprojektowana przez Adolfa Loosa, w niewykłym na ówczesny czas minimalistycznym stylu scesji. Nie mogę odmówić sobie tej przyjemności i postanawiam, że wejdziemy do srodka, po przekroczeniu progu tego sanktuarium ekskluzywnej secesji, oczom naszym ukazuje się monstrualna klatka schodowa i dwa potęzne biurka za którymi na nasz widok podrywają się jednakowo ubrane kobiety, które jakby jedna przed drugą starają się jak najszybciej powiedziec do nas milion slów po niemiecku, sa niezmiernie uprzejmę, tak wydaje mi się przynajmniej po ich wyrazie twarzy i gestykulacy, niestety bowie nic nie rozumiem  w tym pięknym naddunajskim języku. W szybkim odwrodzie przed tym szwabskim szturmem zdanżam jedynie rzucić okiem na zachwycającą wyfroterowana posadzkę i pospiesznie wychodzimy.

Zaraz po wyjściu podchodzimy do barierek i podziwiamy, wykopaliska archeologiczne, które obnażają dawną rzymską zabudowę na terenach dzisiejszej stolicy. Zaraz za wykopaliskami miesći się brama, do Hofburgu, czyli zamku zimowego cesarza austrii, dziś miesci się tu siedziba prezydenta Austrii. Przechodzimy przez braę i znajdujemy się w swiece cesarskiej austrii, na chwilę puszczam wodze fantazjii, wyobrazam sobie pracującego przy biurku Franciszka Józefa. Tuz przed wyjazdem jak to miewam w zwyczaju przeczytałam ksiązkę związaną z miejscem pobytu, tymrazem była to biografia Franciszka Józefa oraz w osobnym wydaniu jego żony cesarzowej Sisi. Dlatego tez wszystko co ma związek z nimi wydaje mi się szczególnie bliskie.

Fotografujemy się z dumnie sportretowaym Franciszkiem na koniu i spacerujemy dalej , zatrzymujemy się na chwile na przeciwko Narodowej biblioteki, na placu bohaterów (Heldenplatz). Z niedowierzaniem przypominam sobie historię Anschlussu – i euforie Austriaków witających Hitlera na tym placu w 1938roku. Dziś Austriacy uważają się za jedna z pierwszych ofiar nazizmu, plac ten jednak  wyraźnie przypomina o innym obliczu tej historii.

Po tej krótkiej zadumie, zmierzamy Burgring  w stronę Parlamentu. Po wyjściu z zabudowy Hofburga oczą naszym ukazują się dwa bliźniacze budynki, Narodowych Muzeów – histori i natury, postawione tu na rozkaz Franciszka Józefa. Zaplanowalismy jednkaże ta część Wiedna zostanie nam na następny dzień, więc pożegnalismy przepiękne fasacy muzeów maszerując w stronę Parlamentu.

Przed parlementem, klapneliśmy na ławce, podziwiając niesamowity klasycystyczny gmach. Od frontu strzeże go od złych decyzji Atena – niczym wyjęta z pod Fidiaszowego dłuta, bogini mądrosci i rozsądnej wojny. Schodów do parlamentu strzegą po każdej ze stron czterej wielcy wiśliciele, po lewej greccy po prawej rzymscy, niemoglismy się oprzeć pokusie nie sfotografowania z Wielkim Julioszem Cezarem! 

Parlement jest naprawdę niezwykle zachwycającą budowlą, zbudowany w stylu antycznej światyni, nawiązuje do mądrości antycznych myślicieli – przypominając swym kształtem o dawnych ideałach i teoriach politycznych dzisiejszym austriackim dyplomatom.

Na przeciw Parlementu znajduje się Volksgarten. Udajemy się tu na krótki odpoczynek, w upale popijając hektolitry wody, spacerujemy wąskimi alejkami umajonymi pięknymi kląbami kwiatów.

Na środku narodowego ogrodu – mieści sie światynia Tezeusza, kolejny antyczny akcent stolicy ukłon w stronę, starożytnej Grecji. Na środku ogrodu mieści się staw – po którym pływają cudnej urody nenufary, prawie tak piękne jak te namalowane przez Moneta, u kresu jego zycia.

Po wyjściu z Volksgarten zmierzamy w strone Ratusza.  Na przeciw niego znajduje się Burgtheater, ten sam w którym Franciszek Józef poznał swą przyjaciólkę- kochankę, towarzyszkę życia na stare lata, Katrene Sach, która własnie odgrywała jedna z swych rozlicznych ról jako miejska aktoreczka.

Ratusz otoczony jast – użekającym parkiem (Rathus Park) pełnym wąskich alejek i zacienionych ławek na, których swobodnie wylegują się wiedeńczycy spragnieniu bliskości natury. W okresie letnim rozkładane jest tu jak co roku letnie kino, dla tubylców i turystów. W jednej z alejek spotkalismy Straussa, z którym mój narzeczony mnie pięknie sfotografował. Następnie przeciskamy się między straganami by móc jak najbardziej zbliżyć się do ratusza, który powala pięknem, podobnie jak katedra św Szczepana – zachwyca strzelistością swej architektury. Przechodzimy pod arkadami ratusza, kierując się w strone Votivkirche – usadawiamy się na ławeczce tuż pod kościołem, który wykonany jest w podobnym co ratusz stylu. Kosciól ten został ufundowany – jak nazwa wskazuje, w podzięce za uratowanie ocalenie. Ufundował ją Franciszek Józef, tuż po tym jak w 1853 roku węgierski rebeliant z nazwiskiem Kosshuta na ustach wbił w szyje młodego cesarza ostre narzędzie. Naszczęście udało się ocalić Franciszka, który wdzięczny za Boskie wstawiennictwo ufundował ten oto kościóll zwany wotywnym.

A My bezpieczni od wszelkich niebezpieczeństw, w najbezpieczniejszym chyba mieście w Europie( anapewno najczystrzym) odpoczywaliśmy na ławce wpatrując się w zadziwiające japonki, które z dziecinna radością fotografowały się z krukami .

Następnie zmierzamy w stronę Kamienicy, która zamieszkiwał Zygmund Freud, spacerujemy po woli krętymi uliczkami, czasem nadrabiamy trasy, by zobaczyć modernistyczną  zabudowę. Po krótkim marszu ukazuje się naszym oczą dumnie powiewający sztandar – Freud – który sygnalizuje z daleka, że własnie tu mieszkał najwiekszy psychiatra XIX wieku. Spoglądam w okna jego gabinetu i nie myśle o nim, ale o jego zapomnianej żonie Marcie, która przez całe życie usługiwała geniuszowi, z pokorą znosząc swą rolę gosposi i kury domowej.  Postanowiliśmy nie odwiedzc jego gabinetu, kilka pokoi,  gabinet zaopatrzony w biurko psychiatry wszechczasów, kilka starych zdjęc, nic szczególnego, dla ludzi, którym obce są tajemnice jego umysłu, nie doczytałam do konca jego biografi, nie potrafiłam zaprzyjźnić się z jego duchem, nie znalazłam żadengo punktu styku w naszych poglądach. Po za tym sławetna kozetka, została odkupiona kilka lat temu przez jakiegoś freudo maniaka z Wielkiej Brytani, tak więc zupełnie obnażone zostało jego mieszkanie z wyszstkiego co waro bło moim zdaniem zobaczyć.

Zostawiamy za sobą smętne okna odosobnionego w poglądach psychistry i spacerkiem zmierzamy w stronę stacji metra na Rose Land. Pogoda jest piękna a my mamy jeszcze sporo sił, dlatego też postanaiamy nieładować się do przeludnionego o tej obiadowej porze metra, lecz przejść na druga stronę Dunaju i spacerkiem przejść te trzy dzielące nas od mieszkania stacje metra ( Rose Land, Friedens Brucke, Spitalau i Jeggerstrsse) Idziemy wzdłuz kanału dunajskiego, mijając ludzi relaksujących się u jego brzegów, starsze Panie dyskutujace zaciekle po niemiecku, joggingistów rozgrzewających się  na świerzym powietrzu, dzisdków z wnuczkami i zakochanych spacerujących tak jak my w tej niezmiernie przyjaznej aurze. Po kilkunastu minutach spaceruukazuje się nam istna perełka wiedeńskiej architektury – jedno z kilkorga dzieci Artysty przed, którym głeboko chyle czoła – Hunderwassera. Jest to spalarnia śmieci, która wygląda jak najprawdziwsza fabryka czekolady, co prawda nigdy takowej nie widziała, ale tak własnie wyobraziłabym ją sobie gdybym została o to zapytana. Jest bajeczna, arcy-kolorowa, poprostu niezwykła, jak wszystkie inne prace Tego artysty.

Spacerkiem docieramy do domu, gdzie w krótkim czasie, udaje nam się zjeść troszkę odpocząć, wziąść prysznic i ruszyć w dalsza trasę.

lopolds muzeum

Tym razem o wiele mniej męczącą – udajemy się bowiem do Muzeum Leopolda, osobiście mojgo ulubionego wiedeńskiego muzeum, gdzie Mój Luby może zainspirować się rozlicznymi plakatami, które poruszają wyobraźnię, a ja po raz kolejny mogę spotkać się z ulubionymi secesyjnymi artystami. Jestem zachwycona nową wystawą ukazującą głownie twórczość Józefa Marii Olbrichta, jednego z najwazniejszych wiedeńskich secesjonistów, a obok niego także i Mojego ukochanego Gustava (klimta) Kolo Mosera, Adolfa Loosa (już dziś wspomnianego) czy twórce wiedeńskich stacji metra- Otto Wagnera.

Po kilku godzinnym uduchowionem zwiedzaniu, wracamy do domu, wsiadając pod muzeum w fioletową stacje metra na Muzeum Quarter, w kilka minut docieramy z dwoma przesiadkami do mieszkania, gdzie spokojnie jemy polską kolację.

wieden, muzeum leopolda leopoldsmuzeum

Po której już samochodem, udajemy się na najwyższe wzgórze w okolicy wiednia – Kalenberg , z którego szczytu roztacza się widokna cały Wiedeń. Między Wzgórzem Kalenberg a Leopoldsberg doszło do starcia – wojsk Polskiej Hussari dowodzonej przez Jana III Sobieskiego z Tureckimi oddziałami w roku 1683, wydarzenie to na kartach historii odnotowane jako trzecia odsiecz wiedeńska, upamiętnia kaplica na wzgórzu, gloryfikująca bohaterstwo naszego króla.

Po tym pełnym wrażeń dniu zatrzymujemy się w małej orientalnej knajpeczcie, gdzie popijamy cole, dysktując o życiu.

 

 

23:59, awangardastyle , Austria
Link Dodaj komentarz »